Pod „trzynastką”

Mój dom rodzinny pod numerem 13, usytuowany w połowie ulicy Owocowej, biegnącej ku Utracie od strony ulicy Kościuszki, był świadkiem niejednego losu popowstaniowych wygnańców z Warszawy. Przywoływane z pamięci 5-letniego wówczas dziecka obrazy i sytuacje splatają się z postaciami przybyłymi „zza rzeki”, z miejsca, które - wskutek skojarzenia z jej nazwą - stawało się synonimem utraty wszystkiego co najcenniejsze; najbliższej rodziny, zdrowia, dachu nad głową, dobytku, poczucia bezpieczeństwa, nadziei na przetrwanie, sensu życia i wiary w ludzi.

Niespodziewane pukanie do drzwi w sierpniowe dni 1944 roku oznaczało nowego przybysza z pruszkowskiego Dulagu, „szczęśliwca”, któremu udało się ujść z obozu, szukającego chwilowej przystani i schronienia przed możliwym aresztowaniem przez Niemców, wyłapujących swe ofiary na ulicach, w domach mieszkańców Pruszkowa, wagonach kolejki EKD.

Dom pod „trzynastką” zaludnił się już znacznie tuż po wybuchu wojny. Dwa pokoje na piętrze zajęły: przybyła z Radomia siostra mego ojca Zofia Romanowska (wdowa po przedwojennym oficerze policji zamordowanym przez Sowietów w Ostaszkowie) z 8-letnim synem Andrzejem oraz Eleonora Słuchocka z córką Krystyną – uciekinierki z Podlasia. Tuż przed wybuchem Powstania w parterowej części budynku, oprócz pięciorga domowników, tj. rodziców, mnie, brata i staruszki babci, zamieszkała jeszcze z 7-letnim synem Jackiem siostra mamy – wdowa po zamordowanym przez Niemców oficerze AK kpt. Józefem Wolskim, jednym z pierwszych organizatorów Tajnej Armii Polskiej w Pruszkowie. Nie zdołały się też jeszcze całkowicie zamknąć drzwi przed bracią przedszkolną, która w postaci kilkuosobowej gromadki uczestniczyła w różnego rodzaju zajęciach edukacyjnych prowadzonych w ramach tajnego nauczania przez mamę, przedwojenną nauczycielkę ze szkoły im. Józefa Piłsudskiego i Tadeusza Kościuszki, gdy „trzynastka” zaczęła pęcznieć od gości.

Przybywali w różnym stanie: wygłodzeni, brudni, zawszeni, ze śladami wielkiego umęczenia na twarzach, podłamani psychicznie po obozowej gehennie, często skrajnie zdesperowani i zagrożeni powtórnym aresztowaniem. Ich pojawienie się pod naszym dachem wiązało się przede wszystkim z koniecznością zapewnienia miejsc do spania, a więc maksymalnego ścieśnienia się domowników. Dla nas, dzieci, konieczność dzielenia łóżka z rodzeństwem lub rodzicami nie stanowiła wielkiego problemu, zwłaszcza że brakowało opału, a pomieszczenia miały okna zabite dyktą i ziąb dawał się mocno we znaki. Gorąca kamionkowa butelka wkładana przed snem do pościeli rozgrzewała stopy, a konkurowanie o nią było dla nas nie lada atrakcją.

Przywykliśmy także do nędznego wyżywienia wojennego, nie marzyliśmy o smakołykach. Wypieki z buraków nie należały jednak do faworytów naszego podniebienia. Toteż kiedy nieraz znikały z talerza chrupiące placki kartoflane, z którymi trzeba było podzielić się z przybyszami, posyłaliśmy często ku stołowi smętne pożegnalne spojrzenia. Trzeba przy tym dodać, że ludzie, którzy przewinęli się przez nasz dom, przynosili czasem swoje „zdobycze”, chcąc podzielić się nimi z wdzięcznością, choć w opowieściach babci, która zajmowała się kuchnią, nie brakowało zatroskania o to, aby jakoś przygotować posiłek np. z kawałka końskiego szkieletu. Z wyżywieniem było bardzo ciężko - panowała drożyzna, więc pomoc przybyszom była bardzo trudna.

Szerzyły się choroby zakaźne. Konieczne stały się podstawowe zabiegi higieniczno-sanitarne. W pamięci pozostał mi obraz człowieka, który - obdarowawszy mnie małą paletką farb - rzucał od czasu do czasu spojrzenia na efekty mojej inwencji malarskiej, a drugim okiem pilnie kontrolował swą garderobę, posługując się przyrządem do zabijania wszy.

Świadkiem najbardziej dramatycznej sceny z tego okresu był starszy ode mnie brat - Marek. Zapamiętał on uchodźcę z obozu pruszkowskiego - pułkownika Zielskiego, który nie wytrzymał ciężkich przeżyć i napięcia nerwowego związanego z pobytem i uwolnieniem z Dulagu. Rozpaczając po stracie swych bliskich, padł na podłogę, krzycząc, że nie ma już po co żyć, gotów popełnić samobójstwo.

Pewnego dnia atrakcją dla nas, dzieci, stało się ulokowanie na krótko, w pomieszczeniu na parterze naszego domu, młodych ludzi z opaskami Czerwonego Krzyża na rękawach. Trudno powiedzieć jaka była ich rola, ale po ich odejściu długo przeszukiwaliśmy kąty w nadziei znalezienia choćby jednego znaczka z krzyżem. Wkrótce zresztą pokój ten zajęli Niemcy i wszystkim nam kazano przenieść się na piętro.

Na ogół większość ludzi, którym udało się opuścić Dulag, bardzo krótko przebywała w tym samym miejscu zakwaterowania. Obowiązywała zasada przemieszczania się jak najdalej od Warszawy, trwały bowiem łapanki i pościgi za uciekinierami. Znalezienie takich miejsc było też troską, między innymi, mamy i ojca. Na ogół wykorzystywano lokum pewne, sprawdzone, szukając go w swoich środowiskach zawodowych. W przypadku moich rodziców były to środowiska nauczycielskie. Trzeba bowiem podkreślić, że w Pruszkowie środowisko to bardzo czynnie włączyło się w akcje niesienia pomocy mieszkańcom Warszawy wywiezionym do obozu. Rodzice utrzymywali kontakty konspiracyjne z Władysławem Mazurkiewiczem, kierownikiem Szkoły im. Tadeusza Kościuszki, w której przed wojną pracowała mama, i Marią Cichońską, ich koleżanką ze |Szkoły im. Józefa Piłsudskiego, czynnie zaangażowanymi w ramach RGO w pomoc osadzonym w obozie.

„Trzynastka” nie była jednak adresem wskazywanym wyłącznie przez podziemną organizację. Przykładem tego jest znany muzyk, wiolonczelista, kompozytor, dyrygent i pedagog Kazimierz Wiłkomirski , który pierwsze kroki skierował do domu moich rodziców. Opuściwszy obóz przypomniał sobie, że „w Pruszkowie posiadał domek Stefan Wasiak, były nauczyciel polskiego Konserwatorium w Gdańsku” , o czym pisał w I tomie Wspomnień, wydanych w 1971 roku przez Państwowe Wydawnictwo Muzyczne. Książka została ofiarowana memu ojcu z dedykacją: Szanownemu i Kochanemu Koledze Stefanowi Wasiakowi, jednemu z najdzielniejszych bojowników o polski stan posiadania w „Wolnym mieście” Gdańsku z wyrazami serdecznej przyjaźni.
Autor publikacji wspomina, że przekroczył bramę obozu wraz ze swą siostrą Marią Wiłkomirską (pianistką) oraz przyrodnią siostrą Wandą (potem słynną skrzypaczką). Musieli się zapewne wszyscy zjawić pod „trzynastką”, gdyż z opowieści ojca pamiętam zachwyty nad talentem muzycznym, który już wtedy dostrzegł u młodziutkiej Wandy.

Warto zacytować fragment wspomnień Kazimierza Wiłkomirskiego jako przykład gorzkiej refleksji człowieka, który po wypędzeniu z płonącej Warszawy i pobycie w Dulagu zostaje porażony pozorną normalnością egzystencji pozaobozowej.

„Kiedy wszedłem do mieszkania i zobaczyłem stojące w pokoju meble, fortepian, szafę z książkami, doznałem szoku: widok tego wnętrza był dla mnie po prostu rażący. Mało brakowało, abym zapytał: - Co to znaczy, dlaczego to wszystko nie jest spalone? W następnej chwili przyszła uspokajająca myśl: - Niedługo będzie.

Wtedy pojąłem, skąd bierze się ta bezrozumna pasja niszczycielska, która często ogarnia walczących żołnierzy, a także dowódców i każe im dokonywać znacznie większych spustoszeń, niż wymagałyby tego same działania wojenne. Zaledwie dziesięć dni patrzyłem z bliska na ruiny i pożary, a już zdążyłem przywyknąć do ich widoku, zacząłem dostrzegać w nich jakąś tragiczną konieczność, nauczyłem się patrzeć na domy, meble, książki, jak się kiedyś patrzyło na smolne polana przy płonącym kominku.

Obozy koncentracyjne i fabryki broni wchłonęły w tym czasie wielu warszawiaków; tysiące ich zginęło w doraźnych masowych egzekucjach, a mimo to niemałą liczbę wygnańców musiały przyjąć podwarszawskie miejscowości: Podkowa Leśna, Komorów, Pruszków, Brwinów, Grodzisk. Nie brak tam było ludzi mających własne wille o dużym metrażu, niektórzy stali mieszkańcy Podkowy Leśnej czy Komorowa byli też nie od tego, aby zatrudnić bezdomne inteligentne warszawianki w charakterze bezpłatnej pomocy domowej. Napływ mieszkańców ze stolicy musiał - rzecz jasna - zakłócić w jakimś stopniu uregulowane bytowanie lepiej sytuowanych podgrodzian; niektórym było to nie w smak. Mieliśmy dość okazji, aby stwierdzić, jak bardzo wszelkie katastrofy i kataklizmy dziejowe sprzyjają uwydatnieniu najważniejszych cech ludzkich charakterów, jak wyzwalają i potęgują zarówno cnoty, jak i najgorsze przywary. Szlachetność sąsiaduje wtedy z podłością, bezinteresowność i poświęcenie ze skrajnym egoizmem i ordynarnym sobkostwem. Zdarzało nam się spotykać ludzi, którzy oświadczali wręcz, że nie wierzą w opowiadania o warszawskich tragediach i że nie obchodzą ich niczyje nieszczęścia. Byli i tacy, którzy rzeczywiście nie zdawali sobie sprawy ze skali zachodzących obok nich zjawisk; do ich świadomości nie docierało absolutnie nic i nic nie było w stanie wytrącić ich z wąskiej kolei ich własnych codziennych spraw. Byli głusi i ślepi, ich domy były twierdzą niedostępną nawet dla krewnych i dawnych dobrych - zdawałoby się - znajomych”.

Potem Kazimierz Wiłkomirski zamieszkał w Grodzisku Pisał o tym: „...mnie przygarnęli państwo Jaworscy, do których skierował mnie Stefan Wasiak. Byli to ludzie zacni i mili. Pan Kazimierz Jaworski, nauczyciel szkoły podstawowej, był, jak się okazało, amatorem-wiolonczelistą (…). Znalazłem więc nie tylko dach nad głową, tapczan do spania i talerz zupy na obiad, ale również instrument do wyłącznego użytku”.

Jak ważna była potrzeba robienia użytku z instrumentów, świadczy fakt, że w trudnych czasach okupacji nie zamilkła muzyka. Choć nie słuchano jej w wielkich salach koncertowych, potrzebę obcowania z nią zaspokajano dzięki małym zespołom kameralnym tworzonym w domach prywatnych. Często też powstawały spontanicznie zespoły muzykujących amatorów. Z „trzynastką” muzyka związana była w sposób szczególny. Ojciec, muzyk z wykształcenia, z natury rzeczy dla utrzymania sprawności technicznej grywał na skrzypcach codziennie. Ale był też członkiem tworzonych w naszym domu zespołów kameralnych (triów lub kwartetów). Ponadto jako pedagog muzyczny przez cały okres okupacji udzielał lekcji gry na skrzypcach, fortepianie i harmonii. Muzyka wynikała z potrzeby obcowania z kulturą, ale była też drogą ku pokrzepieniu serc ludzi zmaltretowanych przez okupanta. Może więc dla tych, którzy znaleźli schronienie pod „trzynastką”, nie prowokowała ona fatalistycznych skojarzeń...

Autorem powyższego tekstu jest Hanna Wasiak. Został on wydrukowany w Zeszytach Dulag 121 nr 1 w 2015 r.